wtorek, 21 stycznia 2020

Tank mode ON

Miniony tydzień stał pod znakiem powrotu do mekki koszykówki, jak nazywana jest Madison Square Garden. Nie był to udany czas, szczególnie mecz z Suns kładzie się cieniem na wizerunku Knicks, którzy przegrali 8 z ostatnich 9 spotkań. Czyżby to zapowiedź tankowania w dalszej części sezonu? W zasadzie NYK kolejny rok walczy już o nic i zadaniem managementu powinno być mądre zaplanowanie ruchów transferowych przed nadchodzącym "trade deadline" a potem letnim okresem podpisywania kontraktów. Knicks i mądre ruchy? Just kidding :)


NEW YORK KNICKS - New Orleans Pelicans 111:123

To był całkiem ekscytujący mecz, dobre tempo, świetne zespołowe akcje. Pelicans trafiali jak szaleni za 3 (bodajże 14 celnych trójek do przerwy), naszych pod nieobecność Randle'a i Morrisa, w grze trzymał grający na 100% skuteczności Taj Gibson. Knicksom do zwycięstwa zabrakło jakiegoś szalonego zrywu, który pokazywali już w kilku spotkaniach w tym sezonie. Gracze Pels z Brandonem Ingramem i Lonzo Ballem na czele spokojnie punktowali w swoich akcjach i nie dali się rozpędzić dosyć bezradnym wobec obrony strefowej Knicksom. Jak tam dojdą wracający po kontuzji Zion Williamson i Jrue Holiday, to będzie naprawdę ciekawa ekipa młodych graczy.

NEW YORK KNICKS - Miami Heat 124:121

Takich Knicks chcemy oglądać. Walecznych, niepoddających się, zachowujących zimną krew w końcówkach. Biorąc pod uwagę klasę rywala to był najlepszy mecz w tym sezonie. Pierwszy mecz między tymi ekipami w sezonie zakończył się klęską Knicks w Miami. Teraz od początku było inaczej. Walczący jak lew Taj Gibson i swobodnie wbijający się w pole 3 sekund Elfrid Payton trzymali wynik w 1 kwarcie. Miami w odpowiedzi uruchomiło całą rzeszę trafiających graczy z ławki (Herro, James Johnson). U nas świetną zmianę dał wreszcie Kevin Knox (13 pkt w 7 minut). Trzecia kwarta zaczęła się dobrze (11 pkt z rzędu Reggie'go Bullocka), ale z czasem Heat uzyskali sporą kilkunasto-punktową przewagę i wydawało się, że jest już po meczu. I wtedy jak z kapelusza wyskoczył (zastępujący Ntilikinę) Kadeem Allen i napędził atak Knicks do odrabiania strat - świetny w tym fragmencie był też R.J. Barrett (któremu trzeba zapisać na plus, że z miesiąca na miesiąc robi stały progres w skuteczności rzutów wolnych). Mimo to na 5 minut przed końcem Miami nadal byli na siedmiopunktowym prowadzeniu. Wtedy ciężar gry wziął na siebie (pauzujący 2 ostatnie mecze z powodu śmierci babci) Julius Randle - 9 punktów w tym szalona trójka i Knicks wyszli na prowadzenie. Wynik dla Miami próbował gonić Jimmy Butler, ale w głupi sposób stracił piłkę. Rzuty wolne wykorzystał Barrett co dało Knicks niezwykle cenne i prestiżowe zwycięstwo.

Milwaukee Bucks - NEW YORK KNICKS 128:102

Jeśli pierwsza siła Wschodu spotyka się z taki outsiderem jak Knicks to nikt powinien się spodziewać cudu jaki wydarzył się kilka dni wstecz w meczu z Miami. Miłościwie panujący MVP ligi - Giannis Antetokounmpo zdobył 37 pkt w 21 minut i nie pozostawił suchej nitki na obronie Knicks. Pozostała część ekipy z Milwaukee grała za szybko dla graczy NYK, piłka chodziła jak po sznurku i gracze Bucks dosyć prędko zapewnili sobie wolny wieczór na przećwiczenie zawiłości taktycznych i ogranie rezerwowych przed dalszą częścią sezonu. Warto dodać, że u gospodarzy celne trafienie za 3 zaliczyło aż 10 graczy, Wśród Knicksów jedynie Julius Randle (25 pkt, 15 zb) i R.J. Barrett (22 pkt, 5 x 3) punktowali w miarę regularnie. Mecz bez historii.

NEW YORK KNICKS - Phoenix Suns 98:121

To był jeden z najbardziej rozczarowujących występów Knicks w tym sezonie. Zaczęło się od wykonania hymnu USA przez chór gejowski z Nowego Jorku, a potem było tylko gorzej. Knicks wygrali nawet pierwszą kwartę, ale potem krew poczuł Ricky Rubio, który w 2-3 minuty drugiej kwarty przejął całkowitą kontrolę nad spotkaniem (w całym meczu 25 pkt, 8zb, 13 as, 4 prz). Kiedy trzeba było spokojnie punktował, chwilę potem niszczył obronę Knicks pick n' rollami z De Andre Aytonem, żeby w wolnej chwili oddać piłkę Devinowi Bookerowi, który dokończył dzieło. A co z naszymi graczami? Punktowo przyzwoicie wypadł Julius Randle (26 pkt), a poza tym próżno szukać jakichkolwiek pozytywów w grze. Żeby dopełnić obraz nędzy i rozpaczy, w 3 kwarcie kontuzji doznał RJ Barrett i będzie wykluczony z gry na co najmniej tydzień.
Publiczność w MSG na koniec wybuczała swoich graczy, a wracający po kontuzji szyi Marcus Morris kajał się przed dziennikarzami, że tak nie może być, dorzucając do wypowiedzi kilka soczystych "fucków". Ale czy to jeszcze na kimś robi jakiekolwiek wrażenie?

NEW YORK KNICKS - Philadelphia 76ers 87:90

Dobry mecz NYK z dużo wyżej notowanym rywalem. W końcówce zostali perfidnie oszukani przez sędziów, którzy nie odgwizdali 76ers błędu 5 sekund przy wyprowadzaniu piłki z boku boiska. Jak policzyli później telewizyjni specjaliści Ben Simmons oddał piłkę do kolegi zza lini autowej dopiero po 6 sekundach. Knicks byli wtedy na prowadzeniu 87:86 po świetnym trafieniu w izolacji Marcusa Morrisa. Philadelphia wzięła czas dzięki czemu wprowadzała piłkę do gry na połowie przeciwnika. Potem nastąpił ten feralny błąd sędziów, po którym Simmons znalazł wolnego Tobiasa Harrisa, który natychmiast trafił trójkę. W ostatniej akcji Knicks zgubili piłkę (a konkretnie Randle) i musieli faulować.
Mecz był cały czas równy, obrona Knicks miała problem z kontrami Philly kończonymi dunkami przez Simmonsa. U nas dobrą partię grał Marcus Morris (20 pkt), a cała drużyna świetnie broniła co pozwoliło zatrzymać 76ers na 90 punktach przez cały mecz.


GRACZ TYGODNIA: Julius Randle. W całym zalewie przeciętności i marazmie Knicksowej ekipy, Randle jako jedyny notował przyzwoite średnie statystyczne i był kluczowym zawodnikiem w jedynym wygranym meczu z Miami. Przed sezonem po cichu liczyłem, że otoczony masą przeciętnych zawodników, gwiazda Randle'a będzie świeciła pełnym blaskiem przez cały sezon, zbliżając się do poziomu All Star. Niestety jak na razie są to jedynie pojedyncze przebłyski, a za nami już połowa sezonu. Randle dostał gigantyczny, wielomilionowy kontrakt, niestety na razie nie gra na poziomie oczekiwań, ani nawet tak dobrze jak w zeszłym sezonie w Nowym Orleanie. Na razie musimy się zatem cieszyć z jego dobrej gry w poszczególnych spotkaniach, z nadzieją, że jeszcze odpali swoją karierę w Nowym Jorku i stanie się liderem z prawdziwego zdarzenia.

niedziela, 12 stycznia 2020

Wild West End

Druga sesja wyjazdowa na zachodnie wybrzeże, w tym dwa starcia z głównymi kandydatami do mistrzostwa NBA. Nie był to udany czas dla New York Knicks. Seria 0-4 i tak naprawdę powrót do punktu wyjścia, którym jest nicość.

Phoenix Suns - NEW YORK KNICKS 120:112

Totalny chaos, tak w skrócie można podsumować pierwszą połowę w wykonaniu obydwu zespołów. Od 3 kwarty Devin Booker przejął mecz, a Kelly Oubre Jr odpalił festiwal trójek, na który Knicks nie mieli żadnej odpowiedzi. Do tego doszło kilka głupich strat Paytona i wymuszonych rzutów Morrisa. U nas najsolidniej wielkooki Bobby Portis (20 pkt) ale to wszystko za mało, żeby myśleć o zwycięstwie. 

Los Angeles Clippers - NEW YORK KNICKS 135:132

Knicks bez Elfrida Paytona, któremy urodziła się córeczka. Clippers bez Kawhi Leonarda, za to z żądzą rewanżu za klęskę jakiej doznali noc wcześniej od Memphis Grizzlies. Ale od początku to Knicks zdominowali grę - 45:29 po 1 kwarcie, czym pobili rekord punktów w pierwszych 12 minutach gry, ustanowiony parę tygodni temu w meczu z Atlantą. Clippers to jednak nie Hawks, włączyli 3,4,5 i 6 bieg i szybciutko odrobili straty, głównie za sprawą trójek Lou Williamsa oraz agresywnej grze podkoszowego Montrezla Harrela, z którym kompletnie nie radził sobie nasz Mitch. Inną sprawą były dziwne gwiazdki sędziowskie, dzięki czemu drużyna z LA miała bonusowe rzuty wolne za faule techniczne gwizdane naszym skrzydłowym. 
Clippers dowodzeni przez Paula George'a odskoczyli nawet na 16 punktów, ale nowojorczycy konsekwentnie kierowali piłkę w ręce Marcusa Norrisa (rekord kariery 38 pkt), który trzymał naszych w grze. Przy stanie 121:110 dla Clippers za 6 faul z parkietu spadł Paul George. Knicks wykorzystali szok i niedowierzanie w szeregach gospodarzy i zbliżyli się na 3 punkty, ale jednak większe doświadczenie i cwaniactwo Clippers przeważyło szalę zwycięstwa na ich stronę. 

Los Angeles Lakers - NEW YORK KNICKS 117:87

Drugi mecz w Staples Center, tym razem z wyżej notowanymi Lakers skończył się klęską. Knicks zagrali bez narzekającego na bóle szyi Marcusa Morrisa. Początek był jeszcze przyzwoity, chociaż obrona Lakers z blokującymi wszystko i wszystkich Davisem, Mc Gee i Howardem zmusiła graczy coach Millera do oddawania rzutów z półdystansu co odbiło się negatywnie na skuteczności. W drugiej kwarcie za brutalny faul na Calldwell - Popie z boiska został usunięty Bobby Portis. Napędzany przez Rondo i Le Brona Jamesa atak Lakers szybko odjechał na 17 punktów (do przerwy). Reszta meczu jest już historią. Knicks nie mają zawodników, którzy potrafiliby odpowiedzieć na poziom talentu Lakers, więc oglądaliśmy po prostu mecz koszykówki dwóch najwyżej wycenianych jeśli chodzi o wartość, drużyn w NBA.
Tak na marginesie, to niesamowite w jakiej formie jest Le Bron James, że w wieku 35 lat przewodzi klasyfikacji asyst. Gra z wielką radością i pewnością siebie.


Utah Jazz - NEW YORK KNICKS 128:104

Nasz frontcourt w tym meczu stanowił duet Gibson - Portis co nie najlepiej świadczy o sile podkoszowej Knicks. Drużyna z NYC nie ma w składzie żadnego tak utalentowanego gracza jak Donovan Mitchell, Rudy Gobert, Bogdan Bogdanović czy Joe Ingles. Dodatkowo świetne zawody z ławki Utah zagrał najlepszy zawodnik Knicks z zeszłym sezonie czyli Emmanuel Mudiay (20 pkt). I po co było się go pozbywać? Na tle naszych obecnych point guardów wyglądał jak profesor wśród uczniaków. 
Gracze Jazz od pierwszej do ostatniej minuty kontrolowali przebieg meczu. Za wysoki poziom dla naszych gwiazdorków. 

Gracz tygodnia - Elfrid Payton za spłodzenie córki nikt nie zasłużył.

niedziela, 5 stycznia 2020

Miesiąc miodowy trwa

Miesiąc miodowy trenera Mike'a Millera trwa w najlepsze. Kolejna seria spotkań w której nie ma ujemnego bilansu (3-3) i trzeba uczciwie przyznać, że gra (szczególnie w obronie) wygląda coraz lepiej. Gdyby Knicks tak grali od początku sezonu play off nie byłyby jedynie mrzonką a realnym wyzwaniem stojącym przed drużyną. Na prawdziwego lidera wyrasta ten od którego wszyscy najwięcej oczekiwali przed sezonem czyli Julius Randle. Cała ekipa zrobiła postęp, gramy bardziej zespołowo, do gry wrócił optymizm. Może jednak pomyliłem się w ocenie pracy trenera Fizdale'a? 

Z nowości - do pionu sportowego dołączył David Blatt, były trener Cleveland Cavaliers a przede wszystkim Maccabi Tel Awiw, z którymi świecił wielkie triumfy w Eurolidze. Ma wspomóc management i trenera w codziennej pracy. Jego oficjalne stanowisko to konsultant ds. operacji koszykarskich. Raczej nie ma obaw, że będzie chciał zająć miejsce na ławce trenerskiej, gdyż ostatnio przeszedł ciężką chorobę (stwardnienie rozsiane) i jak sam oznajmił trenerka już go nie interesuje. Zobaczymy co z tego wyniknie. 

Miami Heat - NEW YORK KNICKS 129:114

To jak Eric Spoelstra prowadzi Miami Heat powinno stanowić wzór dla całej NBA. Niezwykły komfort pracy jaki zapewnia mu Pat Riley, sprawia, że drużyna może rozwijać młode talenty już w oparciu o ekipę na poziomie playoffs. Coach Spo zbudował swój zespół w oparciu o jedną gwiazdę (Jimmy Butler), całą armię mlodych-gniewnych i świetnego weterana światowych parkietów Gorana Dragicia, który o dziwo zaakceptował swoją rolę z ławki. W meczu z Knicks Butler nie musiał się wysilać (tylko 9 pkt), cały ciężar rozbijania nowojorskiej defensywy wzięli na siebie młodzi. Już po pierwszej kwarcie było pozamiatane (39:20), a brylował rookie Duncan Robinson, raz za razem dziurawiąc kosz bezwzględnym trójkami.
NY Knicks nie istniało cały mecz, wyróżnić można jedynie Bobby'ego Portisa (30 pkt, 8 zb, 12/17 z gry), ale on zdobywał swoje kosze przy dawno rozstrzygniętym wyniku. Knicks nie mieli odpowiedzi na akcje Kendricka Nunna, Tylera Herro czy Bama Adebayo. Ciekawa przyszłość przed Heat. A warto dodać, że już teraz są w czołówce konferencji Wschodniej. 

NEW YORK KNICKS - Milwaukee Bucks 102:123

Jak przyjeżdża lider Konferencji Wschodniej z aktualnym MVP ligi (Giannis) to cudów nie należy się spodziewać. Antetokounmpo na luzie uzyskał kolejne w tym sezonie triple-double, a Bucks już w pierwszej kwarcie trafili siedem trójek i uzyskali 14 punktów przewagi co w zasadzie zakończyło jakiekolwiek emocje. Przewaga talentu, organizacji gry i posiadanie Giannisa w składzie dała drużynie z Milwaukee spokojny i sympatyczny wieczór w Wielkim Jabłku. 
Z istotnych informacji dla fanów Knicks - z pierwszej piątki wyleciał Ntilikina, a zastąpił go całkiem słusznie po serii dobrych meczów Elfrid Payton. W meczu z Bucks wyróżniamy Kevina Knoxa - 19 pkt (4/6 za 3), a drużyna była na plusie podczas jego pobytu na parkiecie. 

NEW YORK KNICKS - Washington Wizards 115:121

U nas Payton, u nich Payton, czyste szaleństwo. Tak jak i całe spotkanie. Knicks mieli run, za chwilę runem odpowiadali Wizards. Zagraliśmy osłabieni brakiem Gibsona (grypa) i przede wszystkim Morrisa (Achilles), co mogło w dużym stopniu zdecydować o porażce. Po wyrównanej pierwszej połowie nastąpiła zapaść i na początku trzeciej kwarty Washington odskoczył na 13 punktów. Knicks na chwilę dogonili gości, po czym znowu Wizards uciekli na 15 pkt. Końcówka to szaleńcza pogoń, omal nie zakończona sukcesem. Grę nowojorczyków ciągnął Julius Randle (35 pkt). Dobre zawody z ławki zagrał Dotson (19 pkt, 5/10 za 3). U gości liderem Beal (30 pkt) i wszechstronny Troy Brown Jr (26 pkt, 9 zb, 7 as). 

Brooklyn Nets - NEW YORK KNICKS 82:94

Najlepszy mecz Knicks w obronie od wielu miesięcy. Brooklyn nie trafił dwóch celnych rzutów z gry z rzędu przez prawie 40 minut, a w całym meczu zatrzymali lokalnych rywali na skuteczności z gry 26,9 %. Rewelacyjne zawody zagrał Randle (33 pkt, 8 zb, 5/9 za 3). Od połowy drugiej kwarty dominacja Knicks na obu krańcach parkietu była bezdyskusyjna. Nietęgie miny mieli siedzący na ławce Nets - Kyrie Irving i Kevin Durant. 

Washington Wizards - NEW YORK KNICKS 100:107

Szybki rewanż z Washingtonem i kolejny rollercoaster na boisku. W 1 kwarcie run 17:0 dla Knicks, w drugiej 19:3 dla Wizards. Tym razem to gospodarze grali osłabieni brakiem Bradleya Beala i zabrakło im gwiazdy w samej końcówce, gdzie dzielił i rządził ponownie Julius Randle kończąc trzy kolejne akcje przy stykowym wyniku, dając nowojorczykom kolejną wygraną do kolekcji. Po raz kolejny dobre wsparcie z ławki dał Bobby Portis. Po tym meczu można powiedzieć, że klaruje się ostateczna rotacja, którą naruszyć mogą tylko kontuzje bądź wymiany. Po meczu było głośno o tym, że niezadowolony że swojej roli Dennis Smith Jr chce odejść - posłuchaj chłopaku, grasz beznadziejnie to trener na Ciebie nie stawia - koniec, kropka. Smith stanowi cień gracza, który był pozyskany z Dallas w wymianie za KP. Obecny zestaw rozgrywających Payton - Ntilikina wydaje się na tę chwilę optymalny. 

NEW YORK KNICKS - Portland TrailBlazers 117:93

Powrót Melo do MSG. Piękny to był powrót. Były fanfary, brawa, przemówienie pierwszego sekretarza KC PZPR itd. itp. Na trybunach cała śmietanka nowojorskich celebrytów skacowanych po sylwestrowej nocy. Carmelo mocno wczuł się w rolę gwiazdy nowojorskich parkietów i po równej pierwszej połowie, w 3 kwarcie na moment przejął mecz (11 pkt w tej części) trafiając kilka nieprawdopodobnych rzutów jak za dawnych lat. Ku zdziwieniu Mike'a Breena z MSG TV cała hala kibicowała Anthony'emu jakby grał dla Knicks, wiwatując po kolejnych trafieniach.
Jednakże ku rozczarowaniu kibiców Portland na mecz nie dojechali ich liderzy, Lillard i Mc Collum zagrali mocno przeciętnie. Zwycięstwo Nowego Jorku zapewnili rezerwowy robiąc 12:0 w połowie 4 kwarty (cztery trójki, z czego dwie przypadły debiutantowi w naszych barwach Reggie'mu Bullockowi). Melo, podobnie jak miesiąc wcześniej Kristaps musiał obejść się smakiem i zadowolić najlepszym w sezonie indywidualnym występem. Warto jeszcze wspomnieć o chwalonym wszem i wobec Mitchellu Robinsonie, który zagrał na 100% skuteczności (22 pkt, 11/11 z gry).

GRACZ TYGODNIA - wybór jest oczywisty - Julius Randle. Seria trzech kolejnych meczów z +30 punktami na koncie i trafione kluczowe rzuty w końcówce w Waszyngtonie. W ostatnich sześciu spotkaniach notował 25,5 pkt i 9,7 zb na mecz. W końcu gra na miarę oczekiwań i tego co prezentował w Nowym Orleanie. Tytanem defensywy Juliuszek nigdy nie będzie, ale w ofensywie ma potencjał do dominowania obrońcy w grze jeden na jeden. Poza tym dużo widzi na parkiecie. W ostatnich tygodniach mocno ograniczył również irytujące straty polegające na wkozłowaniu sobie piłki w nogę.

WYDARZENIE TYGODNIA - powrót Carmelo Anthony'ego do Nowego Jorku. Powitany jak król, zagrał swój najlepszy mecz w sezonie i dał sporo radości swoim fanom, których w MSG ma wciąż mnóstwo. Przy okazji jego wizyty pojawiły się głosy, że Knicks powinni zastrzec koszulkę z nr 7. Jak myślicie? W końcu to szósty strzelec w historii Knicks, ale z drugiej strony bez żadnych sukcesów indywidualnych ani drużynowych. Najlepszą koszykówkę Melo grał jednak w kadrze USA. Sami jesteśmy ciekawi na jaki krok zdecydują się włodarze ekipy z MSG. 

czwartek, 26 grudnia 2019

Efekt nowej miotły

Zwolnienie trenera Fizdale'a odbiło się szerokim echem nie tylko wśród fanów Knicks, ale również w całej NBA. Większość komentatorów wyrażała się w tonie współczucia dla coacha, podnosząc go na duchu i pocieszając, że właśnie opuścił najbardziej destrukcyjną organizację sportową w całych Stanach. W zalewie komentarzy i opinii na pierwszy front wykluły się mało optymistyczne głosy, że dopóki w Knicks rządzi Dolan, ekipa z MSG nie ma czego szukać na rynku wolnych agentów jeśli chodzi o graczy formatu All Star. A do historii przejdzie zapewne tyrada Michaela Rapaporta, w której zwyzywał wszystkich zarządzających Knicksami i rzewnie prosił o przebaczenie Kristapsa Porzingisa za krytykę wszelaką, której go poddał po lutowej wymianie z Mavericks.

Mój drogi przyjaciel (Ig The Knick - to ten drugi, częściej piszący) spłodził z tej okazji swój tekst i zaprezentował punkt widzenia, który jest mocno sprzeczny z tym co ja do tej pory uważałem. Z początku chciałem z nim wejść w szybką polemikę, ale, że z natury jestem raczej obserwatorem, postanowiłem zaczekać kilka meczów. Zasadniczo nie zgadzam się z tym, że Fizdale był głównym winowajcą tragicznych wyników sportowych drużyny oraz braku widocznych postępów młodych graczy. Wydaje mi się, że presja z jaką coach David musiał się zmagać na co dzień była ogromna. I nie mówię tu o presji wygrywania czy potyczek na treningach. Istotne było codzienne ciśnienie i walka którą Fizdale musiał toczyć w gabinetach przełożonych z pionu sportowego drużyny. Spytacie zapewne, a czymże to tak biedny David się stresował? Ano tym, że chłop totalnie nie miał swobody ani w procesie budowania drużyny. Nie dostał też czasu na wprowadzenie swojej wizji i konsekwentne jej realizowanie co miał zapewnione np. w Memphis. Knicks są poważnie chorzy w kreowaniu jakiejkolwiek wizji - to patologia, która wymaga osiągania wyników od każdej kolejnej zbieraniny graczy przy braku stabilizacji w każdym obszarze funkcjonowania drużyny.
Steve Mills i Scott Perry to protegowani właściciela Jamesa Dolana, który w Nowym Jorku pociąga za wszystkie sznurki. Ta święta trójca potrafiłaby doprowadzić do obłędu nawet najbardziej stoickiego trenera. Z psychologicznego punktu widzenia człowiek poddawany presji popełnia błędy i tych Fizdale oczywiście się nie ustrzegł. Pogubił się, dlatego skończył marnie. A Dolan się śmieje. Bo Knicks są rentowni, dolary same się mnożą. A drużyna? Who cares!
Ja chciałbym tylko zaznaczyć, że od lat Knicks są totalnie niekonsekwentni zarówno w budowaniu składu, wspierania kolejnych sztabów trenerskich i menedżerskich co wpływa bardzo źle na budowanie kultury organizacji, której w Nowym Jorku po prostu brak. Stąd kolejne głośne nazwiska na widok telefonu od Millsa czy Dolana, czym prędzej przebukowują loty i zmieniają numery telefonów. Konkluzję mam taką - David Fizdale to dobry trener i jeszcze to udowodni w NBA, w miejscu w którym dadzą mu swobodę i czas na wprowadzenie swojej strategii.

Wracając do sytuacji bieżącej, bilans otwarcia nowego trenera Mike'a Millera jest obiecujący. Z pierwszych sześciu meczów wygrał trzy, z czego dwa podczas zawsze trudnego tripu na zachodnie wybrzeże. Widać, że do szatni wrócił optymizm, Marcus Morris przebąkuje o awansie do play-offów, Knicks City Dancers jakby radośniej machają pomponami. Na jak długo starczy efekt nowej miotły? Nie wiem, ale wydaje mi się, że długo to nie potrwa bo w zaciszach gabinetów już trwa burza mózgów jak rozpierdolić wejść w kolejny sezon. Mike Miller to tylko pionek w zakulisowej grze Jamesa Dolana.

NEW YORK KNICKS - Indiana Pacers 103:104

Debiut Mike'a Millera zaczął się od morderstwa. Jeśli można zamordować kogoś poprzez grę w koszykówkę to Domantas Sabonis robił to z podkoszowymi Knicks przez cały mecz. Nie umiem ocenić czy Litwin gra już na poziomie swojego ojca, ale wydaje mi się, że robi dużo takich małych rzeczy na parkiecie, których nie widać w statystykach ale w istotny sposób wpływają na wynik meczu. I to samo robił w MSG, trzeba dodać, że po raz kolejny.
Trener debiutant nie zmieniał podstawowego składu po swoim poprzedniku. Knick dobrze zaczęli od prowadzenia 15:7, ale potem szybko uwidoczniła się przewaga talentu i organizacji gry ze strony Indiany. Mimo to mecz w pierwszej połowie był wyrównany. Na początku czwartej kwarty po trójce byłego Knicksa Mc Dermotta Pacers odskoczyli na 11 punktów (92:81) i nie potrafili utrzymać tego prowadzenia doprowadzając do nerwowej końcówki, w której drużynę z Nowego Jorku zamordował jej własny gracz. Julius Randle spudłował rzut wolny na 0,1 sekundy przed końcem, który mógł dać drużynie remis i dogrywkę.
Indywidualnie na plus wyróżnił się Marcus Morris, który znowu nabił 25 pkt, sporo punktów dali też gracze z ławki - Robinson, Dotson, Knox i wprowadzający spokój Elfrid Payton, który był motorem napędowym do odrabiania strat w końcówce czwartej kwarty.

Portland TrailBlazers - NEW YORK KNICKS 115:87

Początek wyprawy na Zachódt to mecz do jednej bramki i równocześnie starcie Carmelo Anthony'ego ze swoją byłą ekipą. Nie ma co się za bardzo rozwodzić nad przebiegiem spotkania bo różnica kilku klas była widoczna od początku do końca. Blazers trafili 17 trójek (w tym sam Lillard 8, w sumie 31 pkt). Knicksom nic nie wychodziło, a jedyny którego można wyróżnić to Alonzo Trier, który zdobył 13 pkt przy już dawno rozstrzygniętym wyniku. Swoje minuty dostał nawet Ignas Brazdeikis.
Anthony kurtuazyjnie wypowiadał się o organizacji Knicks i można mieć nadzieję, że na początku stycznia dostanie w MSG huczne owacje, w przeciwieństwie do niedawnej wizyty swojego łotewskiego kolegi z Dallas.

Golden State Warriors - NEW YORK KNICKS 122:124 (po dogrywce)

Przez ostatnich kilka lat takie starcie miałoby tylko jednego faworyta. Golden State Warriors to wszakże najbardziej dominująca ekipa w NBA w ostatniej dekadzie. Jednakże przy potwornych kłopotach kadrowych Warriors, Knicks zwietrzyli swoją szansę na zwycięstwo, którą po ciężkim boju zakończonym dogrywką skrzętnie wykorzystali. 
Smutno było patrzeć na zatroskaną minę trenera Kerra gdy na początku 3 kwarty Knicks wyszli na 20-punktowe prowadzenie. Na szczęście dla trenera Warriors drużyna z Nowego Jorku bardzo pomogła wicemistrzom NBA wrócić do meczu popełniając 10 strat w trzeciej części gry. D'Angelo Russell poczuł krew, swoje trójki dołożył Alec Burks, kilka głupich fauli popełnił RJ Barrett. Knicksów w meczu trzymał Marcus Morris (36 pkt) , po czym znowu mozolnie wypracowana przewaga została stracona i po trójce Russella mieliśmy dogrywkę. A w tej już wyraźnie lepsi byli Knicks spokojnie trafiając kolejne rzuty i nie pozwalając rozpętać Warriors kolejnego festiwalu trójek. 
 
Sacramento Kings - NEW YORK KNICKS 101:103

Drugie zwycięstwo z rzędu i kolejny powrót w końcówce. W trzeciej kwarcie Knicks przegrywali już 16-toma punktami, po czym nastąpił zryw rezerwowych - Bobby Portis i Damyean Dotson na początku 4 kwarty zaczęli trafiać jak szaleni czym szybko zniwelowali przewagę Kings i doprowadzili do remisu. Decydujące rzuty dołożyli Payton i Randle. Payton na razie staje się największym wygranym na zmianie trenera. Gra wszechstronnie, kończy mecze i napędza kolejne runy Knicks w końcówkach. 
Co by nie mówić zwycięstwo w Sacramento to duża niespodzianka. 
 
Denver Nuggets - NEW YORK KNICKS 111:105

Denver okazali się dużo mocniejszą ekipą, ale przynajmniej nie było blamażu i sromotnego lania jak podczas niedawnej wizyty Bryłek w MSG. Mecz był podobny do tego z Kings. Najpierw duża strata (minus 20) i totalna nieporadność w obronie i ataku. Po czym w czwartej kwarcie nastąpił tak naprawdę niewytłumaczalny powrót do świata żywych i wyjście na kilku punktowe prowadzenie. Nuggets mają lepszy zespół od Kings i końcówkę rozegrali na spokojnie wykorzystując doświadczenie i talent Jokicia, Murray'a i talent strzelecki Bartona. W Knicks kolejne dobre zawody rozegrał Elfrid Payton, który był bliski triple double oraz Julius Randle. 
 
NEW YORK KNICKS - Atlanta Hawks 143:120

Lanie do kwadratu sprawili Atlancie gracze Knicks. Używając terminologii bokserskiej już w pierwszej kwarcie ustawili sobie przeciwnika w narożniku i potem konsekwentnie punktowali w notatnikach sędziowskich przez cały mecz.
To był najlepszy mecz Knicks w tym sezonie i podejrzewam, że nic lepszego już nas w tym roku nie spotka. Pobity został rekord punktowy w 1 kwarcie, do połowy, po 3 kwarcie i na koniec meczu. Przełom 1/2 kwarty to najlepszych kilka minut od paru lat, w tym fragmencie brylował Dennis Smith Jr, który umiejętnie rozdzielał piłki do kolegów seryjnie trafiających trójki. Świetne zawody rozegrali Julius Randle, RJ Barrett i Mitchell Robinson. Nawet przez moment prowadzenie nie było zagrożone, mimo iż po stronie Atlantyk świetne zawody rozgrywał Trae Young. Swoją drogą ten chłopak to złoto, dodać mu wysokiego w stylu Pau Gasola, który umie w pick n rolle to Atlanta za 2-3 lata będzie wysoko w tabeli Wschodu. Young gra w stylu Steve'a Nasha - zasłona na górze a potem floater albo trójka, prosta gra ale on już umie bardzo dużo.

Gracz Tygodnia - mimo wszystko Elfrid Payton, który był w tych meczach we wszystkich ważnych i dobrych momentach w tej 6-meczowej serii. Był na parkiecie przy wszystkich pościgach, a w meczu z Denver zabrakło mu 3 zbiórek do triple double. Powoli zyskuje w hierarchii rozgrywających czołową pozycję. W końcu gra tak jak w ubiegłym sezonie w Orlando. Na tą chwilę jeśli chciałbym czyjąś koszulkę gracza Knicks to byłby to Payton. Wszechstronność i doskonała wizja gry - oby tak dalej. 

niedziela, 8 grudnia 2019

Pożegnanie z trenerem

W końcu stało się to, na co liczyło wielu fanów - David Fizdale został zwolniony z funkcji trenera New York Knicks. Razem z nim odszedł jego asystent, Keith Smart. Tymczasowym trenerem został mianowany Mike Miller. Do sztabu dołączył jeszcze Keith Bogans.

środa, 20 listopada 2019

Week 4. Wzloty i upadki

Czwarty tydzień rozgrywek NBA przyniósł nam następujące mecze:

Chicago Bulls - New York Knicks 120:102
New York Knicks - Dallas Mavericks 106:103
New York Knicks - Charlotte Hornets 102:103


środa, 13 listopada 2019

Dlaczego David Fizdale powinien zostać? Albo nie.


Od tygodnia zbierałem się do napisania tekstu o Davidzie Fizdale'u i jego grzechach jako trenera Knicks. I w końcu ubiegł mnie kolega po niebiesko-pomarańczowym szalu, Michał Łub z New York Knicks Poland (polecam na fb). I jest to na tyle wyczerpujący tekst, że wstydem by było do niego nie odesłać. Także uznałem, że podejdę do tematu w inny sposób.

W tym tygodniu na łamach witryny Daily Knicks pojawił się artykuł, w którym autor wskazał cztery powody, dlaczego David Fizdale powinien pozostać na stanowisku Head Coacha New York Knicks. I powiedzmy, że nie bardzo się z nimi zgadzam. Tyle tytułem wstępu. David Fizdale powinien zostać bo: