piątek, 26 października 2018

Miami Heat – New York Knicks 110:87


Kolejnym przystankiem Knicks w drodze po naukę (i jak najwyższy pick w drafcie 2019) było Miami. Co w ostatnim czasie łączyło te dwa zespoły? Jimmy Butler i jego transferowy dramat – oba miasta były tymi, do których chciałby się przeprowadzić główny bohater.
Knicks znowu (ale prawdopodobnie ostatni raz w najbliższym czasie) wyszli piątką Burke, Hardaway Jr, Ntilikina, Thomas i Kanter. Początek meczu to obustronny dramat w ataku. Dopiero po dwóch minutach Dragić trafił pierwszy rzut z gry. Po siedmiu minutach wynik widniał wynik 10:5 dla Heat. Końcówka tej kwarty zdecydowanie dla Knicks, szczególnie po wprowadzeniu Dotsona, Vonleha i Triera.
Dramat Knicks zaczął się od początku drugiej kwarty. Heat zaczęli odrabiać straty, głównie dzięki celnym rzutom z dystansu. Kolejny raz w tym sezonie ofensywna gra Knicks naznaczona była seryjnie pudłowanymi rzutami i głupimi stratami w ataku (tylko 3 pkt w pierwszych 5 minutach kwarty!). Obrona Knicks miała wielkie problemy z kryciem McGrudera, który dobrze prowadził grę Heat. Knicks udało się utrzymać prowadzenie dzięki celnym rzutom Ntilikiny i Hardawaya Jr. Ale Heat, dzięki dobrej grze w ataku, sukcesywnie zmniejszali dystans do Knicks, by na koniec drugiej kwarty prowadzić 47:45.
Po przerwie gracze Knicks chyba zostali w szatni. W tej części meczu istniał tylko jeden zespół. Heat udawało się wszystko w ataku. Niemal każde ich posiadanie kończyło się punktami. Knicks szukali opcji, jak uruchomić atak, ale nie było zawodnika, który mógłby to zrobić. Za tę kwartę wszystkim graczom Knicks należy się solidna reprymenda ze strony Coacha Fizdale’a. Po trzeciej kwarcie 92:65 dla Heat. Katastrofa.
Czwarta kwarta to już były dożynki. Obaj trenerzy pozwolili pograć swoim rezerwowym (w Knicks nawet Kornet się podniósł z ławki). Gra ofensywna obu zespołów była mocno szarpana – dobre akcje przeplatane były tymi bezmyślnymi (patrz Mario Hezonja). Heat cały czas utrzymywali bezpieczną przewagę. Ostatecznie wygrali 110:87.

Oceny indywidualne:
Enes Kanter (8 pkt, 5 zb, 3 as) – zdominowany przez Whiteside’a, nie miał tylu okazji w ataku co zwykle. W obronie próbował walczyć i przeciwstawić się rywalom, ale słabo wyglądał na tle zwinniejszych rywali. Ale bloku na Dragiciu nikt mu nie zabierze.
Lance Thomas (6 pkt, 6 zb, 2 prz) – kolejny słaby mecz w ataku. Mógłby sobie darować wjazdy pod kosz, bo to nie jest jego skuteczna broń. Jeden z niewielu, którzy nie popełnili większych błędów w obronie.
Frank Ntilikina (9 pkt, 5 as, 3 zb) – w końcu dostał więcej czasu jako rozgrywający i otrzymaliśmy obiecujące efekty. Nieźle kreował grę, był skuteczny w ataku. Ale nadal ma spore braki – patrząc na pozycje, z których rzucał, to powinien mieć co najmniej 4 pkt więcej. Słabszy mecz w defensywie. Zresztą, po takim meczu wszystkim zawodnikom obwodowym należą się nagany.
Tim Hardaway Jr (14 pkt, 2 as, 3 zb) – słabszy mecz Tima. Nie potrafił pociągnąć drużyny w ataku w trudnym momencie meczu. Jak zwykle odpalił kilka rzutów, o których lepiej zapomnieć. Jak wszyscy zawodnicy obwodowi słaby mecz w obronie.
Trey Burke (3 pkt, 4 as) – o tym, że jest nieprzydatny w obronie (poza pojedynczymi momentami) wiadomo było wcześniej. W tym meczu był dodatkowo nieprzydatny w ofensywie. Fatalna skuteczność i złe decyzje. No i to chyba jego koniec w pierwszej piątce.
Damyean Dotson (20 pkt, 2 as, 10 zb) – jako jeden z niewielu może powiedzieć, że dobrze zagrał w ataku (chociaż skuteczność z dystansu powinna być lepsza). Bardzo aktywny na desce. Obok Ntilikiny to najlepszy obrońca obwodowy Knicks. Ale akurat w tym meczu nie było tego widać.
Noah Vonleh (6 pkt, 9 zb, 1 prz) – kolejny solidny występ na desce. Ale tak samo jak Kanter miał problemy z podkoszowymi Heat. Słaba skuteczność w ataku, ale trzeba przyznać, że koledzy nie potrafili mu pomóc w zdobyciu dobrych pozycji do rzutu.
Allonzo Trier (4 pkt, 5 zb, 2 as) – słabszy występ w ataku. Rzut mu nie siedział, a w niemal wszystkich izolacjach ustawionych pod niego nie miał pomysłu jak skutecznie minąć rywala. Statystował w obronie.
Mario Hezonja (13 pkt, 1 zb, 1 as) – wyglądał okropnie. Forsował swoje rzuty poza granicami przyzwoitości. Jego wjazdy pod kosz najczęściej kończyły się stratami. Nie istniał w obronie. Chyba musi grać na PF, bo z niższymi i szybszymi rywalami w ogóle nie daje sobie rady.
Ron Baker (1 prz) – niby grał sporo, ale tak jakby go nie było. Anonimowy występ w ataku. W obronie dał popis razem z innymi graczami obwodowymi.
Mitchell Robinson (4 pkt, 3 zb, 1 bl) – dostał więcej minut w czwartej kwarcie. Miał kilka przebłysków – blok na Johnsonie, czy akcja alley oop z Ntilikiną. Ale nadal jest zagubiony w defensywie, a w ataku nie stanowi większego zagrożenia. Ciekawostka statystyczna – jedyny zawodnik Knicks w tym meczu z dodatnim +/-.
Luke Kornet (1 as) – potwierdzam, był na parkiecie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza