czwartek, 15 listopada 2018

New York Knicks – Chicago Bulls 115:116


Chicago Bulls czasy świetności mają za sobą. Część polskich fanów pamięta jeszcze boje obu drużyn w Play Off w latach 90-tych. Teraz Bulls i Knicks walczą o odbudowanie organizacji. Droga ta sama – draft i rozwój młodych zawodników. Talent? Mnóstwo – Markkanen, LaVine, Carter Jr czy Parker. Dzięki uprzejmości Phila Jacksona, każde spotkanie Knicks z drużyną Markkanena będzie miało swój ciężar gatunkowy – szczególnie po powrocie Porzingisa i Markkanena.
W składzie Knicks wymuszona zmiana – za kontuzjowanego Hardawaya Jr w pierwszej piątce pojawił się Trier. Początek był bardzo słaby dla obu zespołów. Jedni i drudzy pudłowali na potęgę (Knicks trafili pierwszy rzut z gry po 5 minutach!). Ozdobą tej części gry był piękny blok Triera z pomocy. Dobry fragment w ataku miał Dotson (2 razy trafił za 3). Niestety to był jedyny pozytywny punkt w ataku. Zmiany nie przyniosły znaczącej poprawy. Po pierwszej kwarcie Knicks przegrywali 21:24.
Drugą kwartę lepiej zaczęli Knicks. Szybko odrobili stratę, a potem zaczęła się wymiana kosz za kosz. Niezłe zawody rozgrywał Hezonja (oczywiście w momencie gdy to napisałem zrobił stratę). W drugiej części tej kwarty Knicks zaczęli popełniać straty w ataku i Bulls udało się to wykorzystać, głównie dzięki dobrej postawie LaVine’a w ataku. Dopiero w końcówce Knicks się przebudzili i dzięki punktom Dotsona i Triera po pierwszej połowie był remis 47:47.
Na początku trzeciej kwarty Knicks szybko złapali 3 faule. Dodatkowo znowu nie potrafili złapać odpowiedniego rytmu w ataku (ten brak ruchu bez piłki jest naprawdę irytujący). Bulls wykorzystali słabszy moment Knicks i odskoczyli na 10 punktów (chociaż również im zdobywanie punktów nie przychodziło łatwo). Sygnał do odrabiania strat dał Mudiay, który trafił dwa rzuty z rzędu. Dzięki udanym akcjom Kantera i Burke’a, Knicks udało się lekko zredukować końcówce kwarty. Po trzeciej kwrcie Knicks przegrywali 72:78.
Czwarta kwarta to był rollercoaster. Zaczęło się od skutecznej gry Knicks w ataku – dzięki punktom Kantera i Hezonji przewaga Bulls stopniała do 1 punktu. A potem po raz kolejny mieliśmy festiwal nietrafionych decyzji w ataku, dzięki czemu Bulls odskoczyli na kilka punktów. Potem w drugą stronę, po udanych akcjach Kantera i Triera był nawet remis. I po chwili LaVine trafił dwie tójki i znowu strata 6 punktów. Końcówka to jednak dobra gra Knicks w obronie. Swoje punkty zdobywał w tym czasie Trier. I na koniec czwartej kwarty był remis 102:102.
Pierwsza dogrywka to znowu kulejące ofensywy po obu stronach. I Bulls i Knicks skupili się na skutecznej grze w obronie, natomiast w ataku widzieliśmy same akcje indywidualne. W drugiej dogrywce mieliśmy tego kontynuację. W końcówce Knicks mieli swoje szanse na postawienie kropki nad i – najpierw Dotson nie trafił za 3 z otwartej pozycji, a w ostatniej akcji Kanter spudłował z półdystansu. Po stronie Bulls skuteczniejszy był LaVine. Na 3 sekundy przed końcem Mudiay trafił layup na remis. Niestety w ostatniej akcji sfaulował LaVine’a i ten trafił jeden rzut wolny. Ostatecznie Knicks przegrali z Bulls 115:116. To był chyba najgorszy mecz Knicks w tym sezonie.

Oceny indywidualne:
Mitchell Robinson (3 zb, 2 bl) – jak nie dostaje piłek w pole 3 sekund to nie istnieje w ataku. Starał się w obronie, ale widać, że pierwsza piątka to dla niego na ten moment zbyt wysokie progi.
Noah Vonleh (10 pkt, 11 zb, 2 bl) – bez problemów z faulami i są minuty. Skuteczny na desce, solidny w obronie, ale słabiutka skuteczność w ataku jak na podkoszowego. No i strat jakoś za dużo.
Damyean Dotson (18 pkt, 5 zb, 2 as) – kolejny solidny mecz. Nieźle wyglądał w ataku, poza skutecznością z dystansu. W obronie utrudniał życie LaVine’owi, ale ten miał swój dzień. Miał otwartą trójkę na zwycięstwo w dogrywce. Szkoda.
Allonzo Trier (21 pkt, 3 zb, 2 prz) – miały być prezenty, kwiaty, wizyty w zakładach pracy, a tu niemal cały mecz był dramatyczny w ataku (poza rzutami wolnymi), ale w końcówce się obudził i jeszcze zdążył przedłużyć nadzieje na zwycięstwo. Teraz czeka go powrót na ławkę. Ale on jeszcze wróci… z Olem.
Frank Ntilikina (2 as, 1 zb) – dramat. Najgorszy Frank jakiego chcemy widzieć. Bo czym jest jego solidna postawa w obronie, gdy jest bezwartościowy w ataku. Dramat.
Enes Kanter (23 pkt, 24 zb, 7 as) – jedyny pewny punkt w ataku Knicks. Trafiał swoje rzuty. Miał najwięcej asyst w zespole (akurat to jest trochę smutne). Zniszczył rywali na desce. Ale kilka razy głupio stracił piłkę. Miał w rękach piłkę meczową… a nie powinien mieć. Serio, w kluczowej akcji meczu Kanter dostaje piłkę na rzut z półdystansu?
Emmanuel Mudiay (16 pkt, 2 as, 6 zb) – trochę zaskoczenie. Solidnie w ataku. Trafiał w ważnych momentach. I bardzo solidnie wyglądał w obronie. Najlepszy mecz w barwach Knicks? Szkoda tego faulu w ostatniej akcji.
Mario Hezonja (15 pkt, 6 zb, 2 as, 1 prz) – to był ten solidny Mario. Skuteczność do poprawy (szczególnie z dystansu), ale zrobił kilka dobrych i ważnych akcji w tym meczu.
Trey Burke (8 pkt, 3 as, 2 zb) – nieźle w ataku i akurat tego dnia powinien dostać kilka dodatkowych minut kosztem rzadkiego Franka. Nawet jeśli w obronie był tyczką do mijania.
Lance Thomas (2 pkt, 1 zb) – znowu króciutko na parkiecie. Zastanawiające.
Kevin Knox (2 pkt, 1 prz) – wrócił po kontuzji. Kropka.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza