czwartek, 26 grudnia 2019

Efekt nowej miotły

Zwolnienie trenera Fizdale'a odbiło się szerokim echem nie tylko wśród fanów Knicks, ale również w całej NBA. Większość komentatorów wyrażała się w tonie współczucia dla coacha, podnosząc go na duchu i pocieszając, że właśnie opuścił najbardziej destrukcyjną organizację sportową w całych Stanach. W zalewie komentarzy i opinii na pierwszy front wykluły się mało optymistyczne głosy, że dopóki w Knicks rządzi Dolan, ekipa z MSG nie ma czego szukać na rynku wolnych agentów jeśli chodzi o graczy formatu All Star. A do historii przejdzie zapewne tyrada Michaela Rapaporta, w której zwyzywał wszystkich zarządzających Knicksami i rzewnie prosił o przebaczenie Kristapsa Porzingisa za krytykę wszelaką, której go poddał po lutowej wymianie z Mavericks.

Mój drogi przyjaciel (Ig The Knick - to ten drugi, częściej piszący) spłodził z tej okazji swój tekst i zaprezentował punkt widzenia, który jest mocno sprzeczny z tym co ja do tej pory uważałem. Z początku chciałem z nim wejść w szybką polemikę, ale, że z natury jestem raczej obserwatorem, postanowiłem zaczekać kilka meczów. Zasadniczo nie zgadzam się z tym, że Fizdale był głównym winowajcą tragicznych wyników sportowych drużyny oraz braku widocznych postępów młodych graczy. Wydaje mi się, że presja z jaką coach David musiał się zmagać na co dzień była ogromna. I nie mówię tu o presji wygrywania czy potyczek na treningach. Istotne było codzienne ciśnienie i walka którą Fizdale musiał toczyć w gabinetach przełożonych z pionu sportowego drużyny. Spytacie zapewne, a czymże to tak biedny David się stresował? Ano tym, że chłop totalnie nie miał swobody ani w procesie budowania drużyny. Nie dostał też czasu na wprowadzenie swojej wizji i konsekwentne jej realizowanie co miał zapewnione np. w Memphis. Knicks są poważnie chorzy w kreowaniu jakiejkolwiek wizji - to patologia, która wymaga osiągania wyników od każdej kolejnej zbieraniny graczy przy braku stabilizacji w każdym obszarze funkcjonowania drużyny.
Steve Mills i Scott Perry to protegowani właściciela Jamesa Dolana, który w Nowym Jorku pociąga za wszystkie sznurki. Ta święta trójca potrafiłaby doprowadzić do obłędu nawet najbardziej stoickiego trenera. Z psychologicznego punktu widzenia człowiek poddawany presji popełnia błędy i tych Fizdale oczywiście się nie ustrzegł. Pogubił się, dlatego skończył marnie. A Dolan się śmieje. Bo Knicks są rentowni, dolary same się mnożą. A drużyna? Who cares!
Ja chciałbym tylko zaznaczyć, że od lat Knicks są totalnie niekonsekwentni zarówno w budowaniu składu, wspierania kolejnych sztabów trenerskich i menedżerskich co wpływa bardzo źle na budowanie kultury organizacji, której w Nowym Jorku po prostu brak. Stąd kolejne głośne nazwiska na widok telefonu od Millsa czy Dolana, czym prędzej przebukowują loty i zmieniają numery telefonów. Konkluzję mam taką - David Fizdale to dobry trener i jeszcze to udowodni w NBA, w miejscu w którym dadzą mu swobodę i czas na wprowadzenie swojej strategii.

Wracając do sytuacji bieżącej, bilans otwarcia nowego trenera Mike'a Millera jest obiecujący. Z pierwszych sześciu meczów wygrał trzy, z czego dwa podczas zawsze trudnego tripu na zachodnie wybrzeże. Widać, że do szatni wrócił optymizm, Marcus Morris przebąkuje o awansie do play-offów, Knicks City Dancers jakby radośniej machają pomponami. Na jak długo starczy efekt nowej miotły? Nie wiem, ale wydaje mi się, że długo to nie potrwa bo w zaciszach gabinetów już trwa burza mózgów jak rozpierdolić wejść w kolejny sezon. Mike Miller to tylko pionek w zakulisowej grze Jamesa Dolana.

NEW YORK KNICKS - Indiana Pacers 103:104

Debiut Mike'a Millera zaczął się od morderstwa. Jeśli można zamordować kogoś poprzez grę w koszykówkę to Domantas Sabonis robił to z podkoszowymi Knicks przez cały mecz. Nie umiem ocenić czy Litwin gra już na poziomie swojego ojca, ale wydaje mi się, że robi dużo takich małych rzeczy na parkiecie, których nie widać w statystykach ale w istotny sposób wpływają na wynik meczu. I to samo robił w MSG, trzeba dodać, że po raz kolejny.
Trener debiutant nie zmieniał podstawowego składu po swoim poprzedniku. Knick dobrze zaczęli od prowadzenia 15:7, ale potem szybko uwidoczniła się przewaga talentu i organizacji gry ze strony Indiany. Mimo to mecz w pierwszej połowie był wyrównany. Na początku czwartej kwarty po trójce byłego Knicksa Mc Dermotta Pacers odskoczyli na 11 punktów (92:81) i nie potrafili utrzymać tego prowadzenia doprowadzając do nerwowej końcówki, w której drużynę z Nowego Jorku zamordował jej własny gracz. Julius Randle spudłował rzut wolny na 0,1 sekundy przed końcem, który mógł dać drużynie remis i dogrywkę.
Indywidualnie na plus wyróżnił się Marcus Morris, który znowu nabił 25 pkt, sporo punktów dali też gracze z ławki - Robinson, Dotson, Knox i wprowadzający spokój Elfrid Payton, który był motorem napędowym do odrabiania strat w końcówce czwartej kwarty.

Portland TrailBlazers - NEW YORK KNICKS 115:87

Początek wyprawy na Zachódt to mecz do jednej bramki i równocześnie starcie Carmelo Anthony'ego ze swoją byłą ekipą. Nie ma co się za bardzo rozwodzić nad przebiegiem spotkania bo różnica kilku klas była widoczna od początku do końca. Blazers trafili 17 trójek (w tym sam Lillard 8, w sumie 31 pkt). Knicksom nic nie wychodziło, a jedyny którego można wyróżnić to Alonzo Trier, który zdobył 13 pkt przy już dawno rozstrzygniętym wyniku. Swoje minuty dostał nawet Ignas Brazdeikis.
Anthony kurtuazyjnie wypowiadał się o organizacji Knicks i można mieć nadzieję, że na początku stycznia dostanie w MSG huczne owacje, w przeciwieństwie do niedawnej wizyty swojego łotewskiego kolegi z Dallas.

Golden State Warriors - NEW YORK KNICKS 122:124 (po dogrywce)

Przez ostatnich kilka lat takie starcie miałoby tylko jednego faworyta. Golden State Warriors to wszakże najbardziej dominująca ekipa w NBA w ostatniej dekadzie. Jednakże przy potwornych kłopotach kadrowych Warriors, Knicks zwietrzyli swoją szansę na zwycięstwo, którą po ciężkim boju zakończonym dogrywką skrzętnie wykorzystali. 
Smutno było patrzeć na zatroskaną minę trenera Kerra gdy na początku 3 kwarty Knicks wyszli na 20-punktowe prowadzenie. Na szczęście dla trenera Warriors drużyna z Nowego Jorku bardzo pomogła wicemistrzom NBA wrócić do meczu popełniając 10 strat w trzeciej części gry. D'Angelo Russell poczuł krew, swoje trójki dołożył Alec Burks, kilka głupich fauli popełnił RJ Barrett. Knicksów w meczu trzymał Marcus Morris (36 pkt) , po czym znowu mozolnie wypracowana przewaga została stracona i po trójce Russella mieliśmy dogrywkę. A w tej już wyraźnie lepsi byli Knicks spokojnie trafiając kolejne rzuty i nie pozwalając rozpętać Warriors kolejnego festiwalu trójek. 
 
Sacramento Kings - NEW YORK KNICKS 101:103

Drugie zwycięstwo z rzędu i kolejny powrót w końcówce. W trzeciej kwarcie Knicks przegrywali już 16-toma punktami, po czym nastąpił zryw rezerwowych - Bobby Portis i Damyean Dotson na początku 4 kwarty zaczęli trafiać jak szaleni czym szybko zniwelowali przewagę Kings i doprowadzili do remisu. Decydujące rzuty dołożyli Payton i Randle. Payton na razie staje się największym wygranym na zmianie trenera. Gra wszechstronnie, kończy mecze i napędza kolejne runy Knicks w końcówkach. 
Co by nie mówić zwycięstwo w Sacramento to duża niespodzianka. 
 
Denver Nuggets - NEW YORK KNICKS 111:105

Denver okazali się dużo mocniejszą ekipą, ale przynajmniej nie było blamażu i sromotnego lania jak podczas niedawnej wizyty Bryłek w MSG. Mecz był podobny do tego z Kings. Najpierw duża strata (minus 20) i totalna nieporadność w obronie i ataku. Po czym w czwartej kwarcie nastąpił tak naprawdę niewytłumaczalny powrót do świata żywych i wyjście na kilku punktowe prowadzenie. Nuggets mają lepszy zespół od Kings i końcówkę rozegrali na spokojnie wykorzystując doświadczenie i talent Jokicia, Murray'a i talent strzelecki Bartona. W Knicks kolejne dobre zawody rozegrał Elfrid Payton, który był bliski triple double oraz Julius Randle. 
 
NEW YORK KNICKS - Atlanta Hawks 143:120

Lanie do kwadratu sprawili Atlancie gracze Knicks. Używając terminologii bokserskiej już w pierwszej kwarcie ustawili sobie przeciwnika w narożniku i potem konsekwentnie punktowali w notatnikach sędziowskich przez cały mecz.
To był najlepszy mecz Knicks w tym sezonie i podejrzewam, że nic lepszego już nas w tym roku nie spotka. Pobity został rekord punktowy w 1 kwarcie, do połowy, po 3 kwarcie i na koniec meczu. Przełom 1/2 kwarty to najlepszych kilka minut od paru lat, w tym fragmencie brylował Dennis Smith Jr, który umiejętnie rozdzielał piłki do kolegów seryjnie trafiających trójki. Świetne zawody rozegrali Julius Randle, RJ Barrett i Mitchell Robinson. Nawet przez moment prowadzenie nie było zagrożone, mimo iż po stronie Atlantyk świetne zawody rozgrywał Trae Young. Swoją drogą ten chłopak to złoto, dodać mu wysokiego w stylu Pau Gasola, który umie w pick n rolle to Atlanta za 2-3 lata będzie wysoko w tabeli Wschodu. Young gra w stylu Steve'a Nasha - zasłona na górze a potem floater albo trójka, prosta gra ale on już umie bardzo dużo.

Gracz Tygodnia - mimo wszystko Elfrid Payton, który był w tych meczach we wszystkich ważnych i dobrych momentach w tej 6-meczowej serii. Był na parkiecie przy wszystkich pościgach, a w meczu z Denver zabrakło mu 3 zbiórek do triple double. Powoli zyskuje w hierarchii rozgrywających czołową pozycję. W końcu gra tak jak w ubiegłym sezonie w Orlando. Na tą chwilę jeśli chciałbym czyjąś koszulkę gracza Knicks to byłby to Payton. Wszechstronność i doskonała wizja gry - oby tak dalej. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz