niedziela, 12 stycznia 2020

Wild West End

Druga sesja wyjazdowa na zachodnie wybrzeże, w tym dwa starcia z głównymi kandydatami do mistrzostwa NBA. Nie był to udany czas dla New York Knicks. Seria 0-4 i tak naprawdę powrót do punktu wyjścia, którym jest nicość.

Phoenix Suns - NEW YORK KNICKS 120:112

Totalny chaos, tak w skrócie można podsumować pierwszą połowę w wykonaniu obydwu zespołów. Od 3 kwarty Devin Booker przejął mecz, a Kelly Oubre Jr odpalił festiwal trójek, na który Knicks nie mieli żadnej odpowiedzi. Do tego doszło kilka głupich strat Paytona i wymuszonych rzutów Morrisa. U nas najsolidniej wielkooki Bobby Portis (20 pkt) ale to wszystko za mało, żeby myśleć o zwycięstwie. 


Los Angeles Clippers - NEW YORK KNICKS 135:132

Knicks bez Elfrida Paytona, któremy urodziła się córeczka. Clippers bez Kawhi Leonarda, za to z żądzą rewanżu za klęskę jakiej doznali noc wcześniej od Memphis Grizzlies. Ale od początku to Knicks zdominowali grę - 45:29 po 1 kwarcie, czym pobili rekord punktów w pierwszych 12 minutach gry, ustanowiony parę tygodni temu w meczu z Atlantą. Clippers to jednak nie Hawks, włączyli 3,4,5 i 6 bieg i szybciutko odrobili straty, głównie za sprawą trójek Lou Williamsa oraz agresywnej grze podkoszowego Montrezla Harrela, z którym kompletnie nie radził sobie nasz Mitch. Inną sprawą były dziwne gwiazdki sędziowskie, dzięki czemu drużyna z LA miała bonusowe rzuty wolne za faule techniczne gwizdane naszym skrzydłowym. 
Clippers dowodzeni przez Paula George'a odskoczyli nawet na 16 punktów, ale nowojorczycy konsekwentnie kierowali piłkę w ręce Marcusa Norrisa (rekord kariery 38 pkt), który trzymał naszych w grze. Przy stanie 121:110 dla Clippers za 6 faul z parkietu spadł Paul George. Knicks wykorzystali szok i niedowierzanie w szeregach gospodarzy i zbliżyli się na 3 punkty, ale jednak większe doświadczenie i cwaniactwo Clippers przeważyło szalę zwycięstwa na ich stronę. 

Los Angeles Lakers - NEW YORK KNICKS 117:87

Drugi mecz w Staples Center, tym razem z wyżej notowanymi Lakers skończył się klęską. Knicks zagrali bez narzekającego na bóle szyi Marcusa Morrisa. Początek był jeszcze przyzwoity, chociaż obrona Lakers z blokującymi wszystko i wszystkich Davisem, Mc Gee i Howardem zmusiła graczy coach Millera do oddawania rzutów z półdystansu co odbiło się negatywnie na skuteczności. W drugiej kwarcie za brutalny faul na Calldwell - Popie z boiska został usunięty Bobby Portis. Napędzany przez Rondo i Le Brona Jamesa atak Lakers szybko odjechał na 17 punktów (do przerwy). Reszta meczu jest już historią. Knicks nie mają zawodników, którzy potrafiliby odpowiedzieć na poziom talentu Lakers, więc oglądaliśmy po prostu mecz koszykówki dwóch najwyżej wycenianych jeśli chodzi o wartość, drużyn w NBA.
Tak na marginesie, to niesamowite w jakiej formie jest Le Bron James, że w wieku 35 lat przewodzi klasyfikacji asyst. Gra z wielką radością i pewnością siebie.


Utah Jazz - NEW YORK KNICKS 128:104

Nasz frontcourt w tym meczu stanowił duet Gibson - Portis co nie najlepiej świadczy o sile podkoszowej Knicks. Drużyna z NYC nie ma w składzie żadnego tak utalentowanego gracza jak Donovan Mitchell, Rudy Gobert, Bogdan Bogdanović czy Joe Ingles. Dodatkowo świetne zawody z ławki Utah zagrał najlepszy zawodnik Knicks z zeszłym sezonie czyli Emmanuel Mudiay (20 pkt). I po co było się go pozbywać? Na tle naszych obecnych point guardów wyglądał jak profesor wśród uczniaków. 
Gracze Jazz od pierwszej do ostatniej minuty kontrolowali przebieg meczu. Za wysoki poziom dla naszych gwiazdorków. 

Gracz tygodnia - Elfrid Payton za spłodzenie córki nikt nie zasłużył.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza