poniedziałek, 2 marca 2020

Łyżka miodu w beczce dziegciu

Skończyło się leniuchowanie po All Star Game. W kolejnym tygodniu Knicks rozegrali cztery spotkania, w tym dwa z zespołami, które chcą powalczyć w Play Off. To była dość brutalna weryfikacja nowojorczyków. Ale w tym wszystkim pojawiła się jedna, skromna, pozytywna kwestia (o tym na koniec). Rywalami w tym tygodniu byli:

Houston Rockets - New York Knicks 123:112
Charlotte Hornets - New York Knicks 107:101
Philadelphia 76ers - New York Knicks 115:106
New York Knicks - Chicago Bulls 125:115 


Tydzień rozpoczął się od meczu w Houston. To nie mógł być ciekawy match-up. Ofensywa nastawiona na rzuty z dystansu kontra najgorsza obrona obwodowa. I niestety tak to wyglądało. Rockets bardzo szybko zamknęli mecz. Dokładniej, zrobił to James Harden, ze wsparciem Bena McLemore'a. W pierwszej połowie kryli go (a raczej próbowali go kryć) chyba wszyscy zawodnicy Knicks i wszyscy polegli. Pech chciał, że akurat w tym spotkaniu nie mógł zagrać Frank Ntilikina. 

Kolejnym przystankiem było Charlotte. To miało być wyrównane starcie. Niestety nie było. Po wyrównanej pierwszej kwarcie, w drugiej dzięki dyspozycji Terry'ego Roziera i Devonte Grahama (tak, tak, życie jest lepsze jak ma się skuteczny backcourt) Hornets udało się odskoczyć na bezpieczny dystans. I gospodarzom długo udawało się go utrzymywać. Ale w końcówce Knicks dostali szansę. Dzięki świetnej kwarcie Allonzo Triera, Knicks udało się dojść gospodarzy na różnicę trzech punktów. Jednak w kluczowej akcji Elfrid Payton zgubił piłkę i Hornets doholowali zwycięstwo do końca.

Tuż przed weekendem Knicks zawitali do Philadelphii. To mogła być szansa dla nowojorczyków. Sixers przystępowali do tego spotkania osłabieni - bez Bena Simmonsa i Joela Embiida. W takich warunkach odpowiedzialność za zespół spadła na Tobiasa Harrisa. Niestety dla Knicks, podołał temu zadaniu. Nie ma co owijać w bawełnę - goście nie prowadzili w tym spotkaniu ANI RAZU. Kolejny raz spotkanie zostało praktycznie zakończone w drugiej kwarcie (Harris 23 punkty do przerwy). Dobra dyspozycja Harklessa w trzeciej części spotkania pozwoliła jedynie na chwilę zredukować różnicę punktową. Gospodarze spokojnie dowieźli prowadzenie do końca. To była 42 porażka Knicks i przypieczętowała kolejny sezon na minusie.

Ostatnim akcentem tygodnia było spotkanie z Bulls. I trzeba oddać, że gracze Knicks postarali się dla własnej publiczności. Poza jednym przestojem w drugiej kwarcie, przez cały mecz kontrolowali wynik. Pierwsza połowa spotkania, to popis gry ofensywnej w wykonaniu R.J. Barretta i Mitchella Robinsona, ze wsparciem doświadczonego Taja Gibsona (przede wszystkim na początku meczu). Kiedy w drugiej połowie gościom udało się znaleźć rytm (Zach LaVine), to gospodarze potrafili odpowiedzieć skutecznymi akcjami Juliusa Randle i Kevina Knoxa (w końcu solidny mecz z ławki). Do końca meczu Knicks udało się utrzymać bezpieczną przewagę. I tutaj ta skromna, pozytywna informacja - dzięki temu zwycięstwu, nowojorczycy będą mieli lepszy bilans niż w zeszłym sezonie. Jupi.

Gracz tygodnia: Julius Randle. W takim tygodniu wybór jest de facto żaden. Bo nikt się nie wyróżnił na parkiecie, za to każdy został wyjaśniony przez contenderów. Czyli na placu boju pozostaje nowojorska maszynka do nabijania statystyk - Julius "Mr Turnover" Randle.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza