czwartek, 29 listopada 2018

Detroit Pistons - New York Knicks 115:108


Drugi przystanek w trasie wyjazdowej – Motown. Pistons są w tym momencie na przeciwnym biegunie do Knicks. Doświadczony skład, z kilkoma wybijającymi się postaciami (Griffin, Drummond, Jackson), został zbudowany „na teraz”. Przed sezonem do Detroit przyszedł najlepszy trener poprzednich rozgrywek – Dwayne Casey. Ta drużyna ma walczyć o jak najlepszy wynik w Play Off. Ze znanych twarzy mamy Langstona Gallowaya i Jose Calderona (ten drugi w marginalnej roli). Pierwsza piątka Knicks nadal bez (wyczekiwanych) zmian – Mudiay, Hardaway Jr, Hezonja, Vonleh, Kanter.
Początek meczu był słaby w wykonaniu obu zespołów. Jednym i drugim brakowało skuteczności w rzutach z półdystansu i dystansu. Po pierwszych 5 minutach gry obie drużyny miały po 1 celnym rzucie za 3. Dzięki dobrej grze pod koszem, przede wszystkim Kantera, Knicks objęli kilkupunktowe prowadzenie. Pistons zmienili taktykę i zaczęli rozgrywać wszystkie akcje pod Griffina. A ten był skuteczny w akcjach pod koszem i na linii rzutów wolnych. W tym czasie Knicks wpadli w dołek ofensywny – nie trafiali z dystansu, nie trafiali spod kosza. Pistons w końcówce wyszli na prowadzenie. Po pierwszej kwarcie prowadzili już 24:19.
Druga kwarta również zaczęła się od niemrawej gry obu drużyn. Punkty były zdobywane niemal wyłącznie po kontrach. Knicks wyglądali tragicznie w ataku – byli statyczni, nie potrafili znaleźć sobie czystych pozycji, popełniali sporo strat (albo kroki albo zgubienie piłki), a gra opierała się na indywidualnych akcjach Burke’a i Triera. A gospodarze cały czas konsekwentnie powiększali przewagę, wykorzystując przewagę umiejętności i doświadczenia. Jednak trzeba przyznać, że również nie grali wybitnego meczu. W końcówce, Mudiayowi i Trierowi udało się skutecznie wykończyć kilka akcji. Dzięki temu (i buzzer beater’owi Hardawaya Jr ), Pistons prowadzili do przerwy tylko 51:43.
Początek trzeciej kwarty to znowu męczarnie. I dla zawodników i dla kibiców. Ten mecz był bardzo mało atrakcyjny. Cały czas utrzymywała się przewaga Pistons w okolicach 10 punktów. Dopiero w drugiej części tej kwarty coś się zmieniło. W końcu zawodnicy potrafili trafić kilka akcji z rzędu (oczywiście to nie były koronkowe akcje, ale zawsze lepszy rydz niż nic). W Knicks dobre zmiany dali Trier i Dotson. Podkoszowi nie potrafili poradzić sobie z akcjami Griffina (Robinson już w trzeciej kwarcie spadł za faule). Na koniec trzeciej kwarty Pistons prowadzili 81:70.
Na początku czwartej kwarty wszystko wyglądało bez zmian. Knicks nadal straszliwie się męczyli w ataku. Oczywiście jedynym, który potrafił coś zdziałać, był Trier. W ogóle Coach Fizdale chyba nie był zadowolony ze swoich PG, gdyż w po pierwszym fragmencie kwarty zmienił ustawienie na Trier, Hardaway Jr, Dotson, Vonleh, Kanter. Może w tym jest jakaś metoda? Mimo wszystko, Pistons cały czas kontrolowali wynik meczu. Dzięki serii trafionych rzutów za 3, Knicks zredukowali stratę do poziomu 7 punktów. Ale na więcej już im Pistons nie pozwolili. Ostatecznie gospodarze wygrali 115:108.

Oceny indywidualne:
Enes Kanter (16 pkt, 14 zb, 2 as, 1 bl, 1 prz) – kolejne double-double. Wow. Prezenty, kwiaty i wizyty w zakładach pracy czekają. Chociaż tam też go będą mijać.
Noah Vonleh (6 pkt, 7 zb, 1 as, 3 bl) – w końcu trafił na rywala, który równie ostro wbija się ramieniem. W pojedynku z Griffinem poległ po obu stronach parkietu.
Mario Hezonja (5 pkt, 1 zb, 1 as, 1 prz) – chłopiec do podawania piłek przebrał się w strój meczowy Knicks i dostał kwadrans na parkiecie. Kampania „Wyrównujemy szanse”. Sześć fauli w 15 minut.
Tim Hardaway Jr (19 pkt, 6 zb. 3 as, 2 prz) – forsował swoje rzuty, ale niestety dzisiaj obręcz była dla niego zbyt wąska.
Emmanuel Mudiay (9 pkt, 2 as, 2 zb) – no i seria się skończyła. Słabiutki mecz. Bez żadnego błysku w ataku. W obronie rozjechany przez Jacksona.
Frank Ntilikina (żeby nie było pusto – 1 strata, 3 faule) – wierzę we Franka, wierzę we Franka, wierzę we Franka, wierzę we Franka. Niestety, ci co brali kredyty walutowe też wierzyli. Na ten moment efekt jest podobny.
Trey Burke (6 pkt, 1 zb) – brutalna prawda o Treyu jest taka, że jak nie trafia rzutów, to jest zupełnie bezużyteczny dla zespołu. A w tym meczu nie trafiał.
Mitchell Robinson (2 pkt, 5 zb, 1 bl) – zmienił Vonleha. I poległ z Griffinem tak samo jak on.
Allonzo Trier (24 pkt, 10 zb, 7 as) – najjaśniejszy punkt w zespole. Punktował, zbierał, nawet asystował. Full opcja. W obronie też solidnie, może poza fragmentem, gdy musiał kryć Smitha.
Damyean Dotson (17 pkt, 1 zb, 1 prz) – nie grał w ostatnich meczach. Swoim występem zdissował tę decyzję. Jedyny, oprócz Triera, zawodnik, do którego nie można się przyczepić za ten występ.
Kevin Knox (4 pkt, 3 zb) – wchodził jak Vonleh i Robinson mieli problemy z faulami. I poległ w starciu z Griffinem tak samo jak oni.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza