sobota, 3 listopada 2018

New York Knicks – Brooklyn Nets 115:96


Drugie derby Nowego Jorku w tym sezonie. Trener Fizdale kontynuuje swój eksperyment i Knicks wyszli znowu piątką Ntilikina, Hardaway Jr, Dotson, Vonleh, Robinson.
Początek meczu zdecydowanie dla Nets. Dzięki celnym rzutom za 3 udało im się osiągnąć kilkupunktową przewagę (największa – 9 pkt). Słabo grał Hardaway Jr – nie mógł wstrzelić się w ataku, a dodatkowo popełniał sporo błędów w defensywie. Ale Knicks powoli zaczęli gonić Nets. Trafione rzuty Ntilikiny i Robinsona zmniejszyły przewagę. Potem kolejni zawodnicy zaczęli dodawać swoje cegiełki (nie mylić z cegły) w ataku i dzięki trafieniu Thomasa na koniec pierwszej kwarty był remis 26:26.

Druga kwarta była niesamowicie wyrównana. Przez prawie cały okres gry przewaga żadnego zespołu nie przekraczała 4 pkt. Początkowo grę w ataku ciągnęli Trier i Kanter. Potem włączył się Hardaway Jr (do momentu kontuzji). Ostatnia faza tej części gry należała do Knicks. Utrzymywali dobrą skuteczność w ataku i wzmocnili grę w defensywie. Na koniec drugiej kwarty, po trafieniu Dotsona, Knicks prowadzili 52:44.
To co najlepsze, wydarzyło się w trzeciej kwarcie. Niemal bezbłędna gra w defensywie plus skuteczna gra w ataku przyniosły pewne prowadzenie przez całą kwartę. To była część gry przejęta przez Hardawaya Jr. Bardzo dobre zawody rozgywali w tym fragmencie Ntilikina i Robinson. Wynik 85:67 po trzeciej kwarcie.
Czwarta kwarta była bardzo spokojna i całkowicie bez historii. Knicks nie mieli żadnej zapaści w ataku i spokojnie kontrolowali mecz, utrzymując kilkunastopunktowe prowadzenie. Ostatecznie, Knicks wygrali mecz 115:96.

Oceny indywidualne:
Mitchell Robinson (11 pkt, 3 zb, 1 bl, 1 prz) – bójcie się rywale, ten potwór powoli zaczyna kumać bazę. Szybki i zwinny. W ataku wystarczyło, żeby ktoś mu rzucił piłkę lobem do trumny i to kończył. Plus highlight z przechwytem i dunkiem w kontrze. Na minus gra na desce – tutaj kolega Kanter powinien dać mu kilka podpowiedzi).
Noah Vonleh (8 pkt, 10 zb, 1 bl, 1 prz) – chyba największy walczak. Bardzo dobry w walce na obu tablicach. Efektownie kończył akcje w ataku (no raz nawet zbyt efektownie, za co dostał faul techniczny).
Damyean Dotson (10 pkt, 5 zb) – solidny mecz, ale bez fajerwerków. Utrudniał życie rywalom ile mógł. Na plus walka na desce. Na minus żenująca skuteczność z dystansu (17%).
Tim Hardaway Jr (25 pkt, 5 zb, 8 as) – słabiutki na początku meczu i w obronie (czy on ma jakiś problem z koncentracją?) i w ataku. Odpalił w drugiej kwarcie. Przejął trzecią kwartę. A w czwartej kontrolował wynik. Plus wielki szacunek za powrót po przyjęciu na twarz solidnej bomby.
Frank Ntilikina (16 pkt, 4 as, 5 zb) – uśmiech nie schodzi z twarzy kibiców Knicks. Odważnie w ataku, nie zawsze idealnie, nie zawsze celnie, ale w końcu bez kompleksów. Trzeba trzymać kciuki. Opoka w obronie.
Enes Kanter (15 pkt, 15 zb, 1 prz) – największy oszust w tym meczu – nabijał sobie zbiórki po własnych niecelnych rzutach. W obronie jak zwykle worek kartofli, ale przynajmniej zaczął ręce podnosić.
Allonzo Trier (12 pkt, 5 zb, 2 as) – tak patrzę na jego grę i trochę przypomina mi młodego Derricka Rose. Może nie ma takiego przyspieszenia na pierwszych 1-2 krokach, ale z drugiej strony ma lepszy rzut z półdystansu. Jego step back jumper może być morderczą bronią.
Mario Hezonja (11 pkt, 4 zb) – jestem trochę w szoku, bo nie kojarzę jego żadnego poważnego błędu w obronie. W ataku również solidnie, chociaż za każdym razem gdy rozgrywa akcję, to mam strach w oczach.
Trey Burke (5 pkt) – wszedł, trafił dwa rzuty i zszedł. Ofiara bardzo dobrej gry Ntilikiny.
Lance Thomas (2 pkt, 1 zb) – zaskakująco ograniczone minuty. Nie miał zbyt wiele okazji by się wykazać (i skompromitować). Ale rzut na remis w pierwszej kwarcie trafił i nikt mu tego nie zabierze.
Emmanuel Mudiay – wszedł w końcówce, bo mógł (zwycięstwo Knicks było niezagrożone).
Ron Baker – patrz Emmanuel Mudiay.
Luke Kornet – patrz Ron Baker.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza