poniedziałek, 26 listopada 2018

New York Knicks - New Orleans Pelicans 114:109


Return to Mecca. Rywalem New Orleans Pelicans (dawno z nimi nie graliśmy). Ostatnie spotkanie między tymi zespołami było wyrównane i dostarczyło sporo emocji (niestety, koniec końców przede wszystkim negatywnych). Czy Knicks odrobili swoją pracę domową na temat Pelicans? Czy Coach Fizdale znalazł sposób na ograniczenie Anthony’ego Davisa (bo na jego zatrzymanie nie ma co liczyć)? Ale po kolei – Knicks znowu rozpoczęli piątką Mudiay, Hardaway Jr, Hezonja, Vonleh, Kanter. Może Coach Fizdale jest przesądny? Od momentu pojawienia się Mario w S5, Knicks zagrali dwa wyrównane mecze.
Początek meczu bardzo wyrównany – zarówno Knicks, jak i Pelicans potrafili wykorzystać luki w obronie przeciwnika i skutecznie wykańczać akcje (głównie pod koszem). Dobre zawody grał Noah Vonleh (trafił trzy rzuty z dystansu i jeszcze zliczył blok na Davisie). Jednak po drugiej stronie jeszcze lepiej grał Holiday, który potrafił wykorzystać każdą dziurę w obronie Knicks. Pelicans odskoczyli nawet na 9 punktów. Na szczęście po zmianach gospodarze zaczęli szybko doganiać rywali. Końcówka Na koniec pierwszej kwarty Pelicans prowadzili 34:28.
Knicks dobrze zaczęli drugą kwartę. Nie pozwalali oddawać rywalom rzutów z łatwych pozycji. W ataku grę prowadził Trier ze wsparciem od Vonleh. Dzięki dobrej skuteczności (w tym z dystansu), nowojorczycy wyszli na prowadzenie. Trzeba oddać, że bardzo fajnie oglądało się Knicks mocno walczących w obronie. Do niewielu zawodników można było się przyczepić. W ataku gra Knicks nadal opierała się głównie na indywidualnych akcjach Triera. Jednak dzięki bardzo skutecznej końcówce w wykonaniu Anthony’ego Davisa, na koniec pierwszej połowy Pelicans prowadzili 60:59.
Trzecia kwarta zaczęła się od wymiany ciosów w ataku. W pewnym momencie Hardaway Jr próbował za wszelką cenę się wstrzelić (nieskutecznie) i Pelicans to wykorzystali – odskoczyli na 9 punktów. Na szczęście od początku drugiej połowy aktywny i skuteczny był Mudiay. Po trafieniach jego i Hardawaya Jr (w końcu – w 12 próbie) straty zostały zredukowane do jednego kosza. Do końca kwarty znowu byliśmy świadkami wyrównanego spotkania. Po trzeciej części meczu Pelicans prowadzili 90:87.
Czwartą kwartę oba zespoły zaczęły od problemów ze skutecznością w ataku. Nieznacznie lepsi pod tym względem byli goście i dzięki temu udało im się zwiększyć przewagę. W połowie ostatniej kwarty prowadzili 9 punktami. Wtedy do gry włączył się Mudiay i przejął mecz w ataku (oczywiście ze wsparciem skutecznego przez cały mecz Triera). Gospodarze znowu wzmocnili obronę i nie pozwalali rywalom na łatwe rzuty. Na dwie minuty przed końcem Knicks wyszli na prowadzenie. I do końca już go nie oddali. Gospodarze wygrali 114:109.

Oceny indywidualne:
Enes Kanter (17 pkt, 12 zb, 2 as, 3 bl, 1 prz) – w obronie, przy akcjach 1 na 1 wyglądał jeszcze znośnie. Przy dynamicznych akcjach zespołowych był bezradny jak waleń na plaży (Holiday go sobie upatrzył). Ale trzeba mu oddać, że nękał rywali swoimi akcjami pod koszem (m.in. wymusił dwa faule Davisa).
Noah Vonleh (14 pkt, 11 zb, 5 as, 2 bl, 2 prz) – miał zaszczyt obserwowania gry Anthony’ego Davisa z pozycji gracza kryjącego. Znowu dobry mecz w ataku. W zespole nie ma większego walczaka na tablicach. Plus za dostrzeganie partnerów (ciekawe czy ten airball, który złapał Mudiay i trafił spod kosza, był zaliczony jako asysta).
Mario Hezonja (2 pkt, 3 zb, 1 as, 2 prz) – na ten moment jest statystą na parkiecie. Niewidoczny w ataku, niewidoczny w obronie (przede wszystkim dla rywali). Nieporozumienie.
Tim Hardaway Jr (7 pkt, 1 zb, 4 as) – niestety dramat w ataku (2/15 z gry). W trzeciej kwarcie na siłę próbował się wstrzelić i odpalał kolejne cegły. Natomiast bardzo dobrze spisywał się w obronie. Był czujny i aktywny, nie odpuszczał rywalom.
Emmanuel Mudiay (27 pkt, 2 as, 7 zb, 4 prz) – Holiday zabrał go na wakacje na obóz survivalowy (hehe, żarcik, ale jestem fajny). Ale był czujny i dzięki temu łapał przechwyty (szczególnie ten jeden kluczowy w końcówce). Przez cały mecz solidnie w ataku, ale fajerwerki dopiero odpalił w końcówce meczu, kiedy to niemal w pojedynkę w ataku dogonił Pelicans. Szkoda, że nie rozgrywał.
Frank Ntilikina (5 pkt, 2 as, 2 zb, 2 bl) – w tym momencie jest zawodnikiem zadaniowym. Na początku wszedł, żeby kryć Holidaya. I świetnie wywiązał się z tego zadania. W ogóle zagrał prawie perfekcyjnie w obronie. Tylko nadal smutno patrzeć na jego grę w ofensywie.
Trey Burke (7 pkt, 1 as, 2 zb) – tym razem brakowało skuteczności w ataku. Jedna asysta (alley oop do Robinsona) to trochę żenada dla rozgrywającego. W obronie rywale robili z niego wiatrak.
Mitchell Robinson (5 pkt, 1 zb, 1 as, 2 bl) – niestety szybko łapał faule. A szkoda, bo rywale czuli jego oddech na swoich plecach. Przypadkiem wyłączył z gry Davisa (spadł mu na nogę i musiał opuścić grę na część trzeciej i czwartej kwarty).
Allonzo Trier (25 pkt, 8 zb, 4 as) – w przekroju całego meczu, najlepszy i najrówniej grający w ataku gracz Knicks. W drugiej kwarcie to tylko on istniał w ataku. Nie bał się wziąć na siebie odpowiedzialności. Bardzo solidnie wyglądał w obronie.
Kevin Knox (5 pkt, 1 zb, 1 bl) – miał problemy z silniejszymi Randle’m i Miroticiem. Przez to miał problemy z faulami. W ataku również mecz bez wyrazu.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza